2010
czerwiec
luty
2009
lipiec
styczeń
2008
czerwiec
maj
kwiecień
2007
listopad
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
Ja i tylko ja.
grono
- Słuchajcie, potrzebna jest wasza pomoc. - A może by tak dzień dobry na początek, jakieś ukłony. To nie pogotowie gazowe, proszę pana. My Strażniczki Ognia Wielkiego! W rękach i nogach Moc dzierżymy! Szacunku trochę!- Dobrze, dobrze, spokojnie. To ja, Ziółek. Dzień dobry, rączki całuję, do nóg padam i tak dalej. A teraz słuchajcie…- A! Ziółek! Kopę lat! Co tam słychać brachu? W rodzinie wszyscy zdrowi?- Tak, tak. Ale nie czas na pogaduszki. Jest sprawa. Wiecie, bo ja raz w roku robię taką zajebistą bibkę. Ludzie sobie skaczą, w browarze pływają, dobra muza, namioty, toi toie, te sprawy.- No, no, coś kojarze. U Heńka w porcie, tak?- Prawie. W Gdyni na lotnisku.- No przecież mówię!- Taa… W każdym razie nasz dotychczasowy dostawca Mocy, pan Edek, nieco się ostatnio rozprężył. Już w zeszłym roku, najpierw gdy zepsuł się autobus Małp…- Autobus małp? Od kiedy małpy jeżdżą autobusem? Nic dziwnego, że się zepsuł. Nawsadzały pewnie bananów do silnika…- To taki zespół. Arctic Monkeys. Nie mów, że ich nie znasz!- Ojeju! Czy to przestępstwo?- Jak można ich nie znać?! Muzyki w ogóle słuchacie? Co właściwie przy tym Wielkim Ogniu robicie?!- Podpałkę walimy.- O matko… dobra, mniejsza o to. Więc, kiedy padł ten autobus, a później na dodatek siadło nagłośnienie, wiedziałem, że coś niedobrego dzieje się z panem Edkiem. Ale dalej poszło całkiem gładko. Była Moc, więc przestałem się o pana Edka martwić. Jednak ostatnimi czasy pan Edek ciągle gdzieś znikał. Na początku na dwa, trzy dni. Teraz nie ma go już od miesiąca. Nie mogę ryzykować i czekać, aż się znajdzie. I tu zaczyna się wasza rola. Proszę was, byście zastąpiły pana Edka.- Ziółek! Nie ma sprawy! Będzie Ogień! Tylko przypomnij mi jeszcze raz, gdzie to?- Lotnisko Kosakowo, pod Gdynią. - Dobra, spoko. Mamy GPSa, znajdziemy was. ***
Ochoczo zabrałyśmy się do przygotowań. Kilka bluz, dwie pary spodni, bielizna, szczoteczka, pasta oraz to, co najważniejsze: Ogień i Moc. Wszystko zapakowałyśmy do walizki. Ledwo się domknęła, musiałyśmy na niej trochę poskakać. Dobra rozgrzewka przed festiwalem. Co do namiotu: wiedziałyśmy, że ani na chwilę nie będziemy mogły zmrużyć oka, więc i tak by się nam nie przydał.
Wdziałyśmy na głowy kaski ze skorup kokosa (bezpieczeństwo przede wszystkim) i odśpiewałyśmy Ayyayaya Coco Jambo. Tak przygotowane mogłyśmy dosiąść naszych rowerów (bo jesteśmy ekologiczne, a poza tym nie ufamy PKP). Wyruszyłyśmy w świat. Droga była ciężka. Powódź nas nie oszczędziła. Zostałyśmy wyszarpane przez burze i błyskawice - zazdrosne fanki Ognia. Wciąż ktoś nas atakował: roznosiciele ulotek, ankieterzy, komary, baby z torbami, dziennikarze TVN24… A najgorszy z tego wszystkiego był Pudzian. Ale nie mogłyśmy się poddać. Myślałyśmy sobie: musimy tam dotrzeć, bez nas to będzie totalna klapa. Sens życia tylu tysięcy ludzi zależy od nas. I udało nam się. Na długo przed czasem byłyśmy w Gdyni. Postanowiłyśmy że zanocujemy w jednym ze schronisk, a następnego dnia zjawimy się na miejscu, by pomóc w przygotowaniach. Na ostatni wolny wieczór zaplanowałyśmy trochę zabalować i wybiłyśmy do najbliższego klubu brydżowego. Jednak żadna ze zgromadzonych tam osób nie mogła skupić się na grze. Wszyscy pochłonięci byli rozmową o festiwalu. Wypytywano się nawzajem Kupiłeś już bilety? Z polem? My, zgodnie z prawdą, odpowiadałyśmy jednocześnie na obydwa: Nie. Spotykały nas za to spojrzenia pełne politowania i kolejne pytanie: To jak chcecie tam wejść? W ten sposób wyszło na jaw, jak ważna sprawa uszła naszej i Ziółka uwadze. Bez biletów nie mamy czego tam szukać.
W służbie Ognia i Mocy działamy charytatywnie. Żywimy się entuzjazmem, który płynie z naszej pracy. Nie mamy pieniędzy na bilet. Jasne, mogłybyśmy powiedzieć ochronie kim jesteśmy, ale przecież nikt nie uwierzy w słowa dwóch dziewczyn podających się za Strażniczki Wielkiego Ognia. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka wyglądamy zupełnie zwyczajnie.
Dlatego zwracamy się do was z prośbą, na którą, dla waszego własnego dobra odpowiedzcie pozytywnie: przyślijcie nam bilety. W przeciwnym wypadku nie będzie Ognia i Mocy, główna posypie się jak domek z kart, a namiot zapadnie na głowy openerowiczów. Chyba, że wolicie czekać na pana Edka.
Nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem, skąd ta zależność, że człowiek akurat wtedy, kiedy musi stworzyć coś, co przyczyni się do spełnienia jego studenckiego obowiązku, czuje nagły przypływ weny na pisanie kretyństw, takich jak niniejszy blog, do których nie miał serca od paru miesięcy.
Generalnie o co chodzi? Dawać bilety! 2010-06-11 20:25:58
Dziędobry. 2010-02-26 17:59:16
I na wstępie POZDRAWIAM PANA PAWŁA I. ORAZ PANNĘ IWONKĘ K. (musi być caps lock, bo to ważne). Zapewne będą jedynymi osobami, które to przeczytają.
Ad rem. Nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem i zdaje się, że fraza ta stanie się moim refrenem. Nauczę się wyrzucac dźwięki z przepony i będę tak podśpiewywać w wolnych chwilach jak mantrę.
Że: przejście dla pieszych, rondo Wiatraczna, Tata Rumun z akordeonem i mały Rumunek. Mały Rumunek, znudzony oczekiwaniem na zielone światło, zaczyna klepać brudną łapką w akordeon. Jak wiadomo młodzi ludzie z nudów robią różne rzeczy: dźgają nożem koleżankę, mordują policjanta, czasem też zrzucą arbuza z ósmego piętra, zamieszki się zdarzają, no wszystko tu jest możliwe. Tata Rumun w każdym razie postanawia się zemścić w imieniu bezbronnego instrumentu i z siłą F (równą sile f, czyli sile klepanięcia Rumunka, pomnożoną przez różnicę lat istniejącą między nimi) również klepie, tyle, że nie w akordeon, bo tego dziecko nie posiada, ale w inny organ, z niewiadomych przyczyn najbardziej przypominający mu ów instrument, a mianowicie głowę. Rumunek się zatoczył, wpadł na jezdnię, ja prawie dostałam zawału, na widok zmniejszającej się odległości między autobusem linii 188 a Rumunkiem, wydałam z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki, ogólnie nastąpiło zwolnienie akcji, a reżyser do zarejestrowania tej sceny użył techniki bullet time i odniosłam wrażenie, że kamera obraca się dookoła Rumunka. Ułamek sekundy później młody zgrabną parabolą wskoczył spowrotem na chodnik, z chichotem spojrzał na ojca, złapał go za rękę. Zapaliło się zielone świtło i poszli: mały stawiał zamaszyste kroki w najgłębsze kałuże, chlapiąc przy tym brunatną wodą na wszystkie strony, a szczególnie w stronę taty, na co ten nieszczególnie zwracał uwagę.
Albo że: Plac Zamkowy, podchodzi do mnie kobieta z twarzą czerwoną od mrozu i pewnie też alkoholu, ale tej kwestii nie przesądzajmy i kobiety tak szybko po pozorach nie osądzajmy.
Popołudnie było słoneczne, jedno z tych ostanich, które takim optymizmem wszystkich natchnęło. Chodzili zadowoleni, z miną "zaczynam wszystko od nowa", ewentualnie "teraz już wszystko będzie w porządku". AKURAT! I każdy wie o tym AKURAT!, co nie przeszkadza w ciągłym i świadomym oszukiwaniu samego siebie. Ale wróćmy do słonecznego popołudnia, kiedy to o kilkaset procent wzrosła sprzedaż świeżych tulipanów na ulicznych straganach, należących do babć emerytowanych przez państwo, czyli emerytowanych kiepsko. Zakochani słali do siebie ciepłe smsy, w stylu "taka ładna dziś pogoda, aż mam ochotę na loda", a samotni wysiadywali nad brzegiem Wisły, wystawali na nadwiślańskich mostach tudzież innych miejscach przypominających o przemijaniu i ludzkiego życia kruchości, by poczuć się nieszczęśliwie-romantyczni. Natomiast wieczorem zapewne jak jeden mąż podążyli na spotkanie ze znajomymi przy browarze i głośnych śmiechów gwarze.
Tyle, że ja pisałam o Kobiecie z Zamkowego. Miała na sobie tylko polar, kolorystycznie odpowiadający jej twarzy. Słońce świeciło, ale temperatura nadal ledwie przebijała się ponad kreskę cyfr dodatnich. Toteż wnioskuję, że nie było jej zbyt ciepło. Na plecach miała plecaczek, taki a'la wycieczka do ZOO dzieci z podstawówki w latach 90'. Bo teraz juz takich nie noszą. Hannah Montana i Troy rządzą. W każdym razie ja nie wiem co Żuleria ma z tymi plecaczkami. Ciekawe co tam przechowują? Stawiam, że zbierają do nich tajemne moce. Czerpią je ze wszystkich żywych organizmów, tak jak Eragon. Tylko, że oni nie będą ich używać do powalenia smoka przeciwnika, ale do zdobycia władzy nad światem. Są mądrzejsi od Mózga, wiedzą, że nie da się tego zrobić w jedną noc, więc powoli, powoli, zbierzemy Moce do plecaczków, a świat się rozpierdoli. I tak zbierają od tysięcy lat. Zdaje się, że niewiele już im do skompletowania zostało, rok 2012 już niedługo.
Myśl ta przemknęła mi szybko przez głowę, w całej swej postaci, w ciągu kilku sekund między punktem w czasoprzestrzeni, w którym zorientowałam się, że Kobieta z Zamkowego będzie czegoś ode mnie chciała, a punktem w czasoprzestrzeni, w którym swoje pragnienie tego czegoś wyraziła. Generalnie chodziło o szamę. "Niech mi pani kupi chleb. Nie chce wódki, żeby nie było, chcę chleba". Mówię, że spoko, ale gdzie tu jest sklep. Kobieta, szczwany lis, na miejsce swoich łowów wybrała rejony oddalone od spożywczaka nie więcej niż 100 metrów. "A o tam jest sklep". I kupiłam jej chleb krojony i serek w plasterkach Hohland, niech ma Kobieta siłę. Niech cała Żuleria ma siłę. Niech zapełnią swoje plecaczki Mocą i wypełnią przepowiednie Majów czy innych Wizygotów.
Ach, i czego tu nie rozumiem? Bo Kobieta, wyszedłszy ze sklepu, skierowała się w stronę kolumny Zygmunta, gdzie siedział jej przełożony. Taki szaro-bury i szemrany. Dała mu chleb i serek w plasterkach Hohland, on z dzikim błyskiem w oku rozerwał folie i zaczął wpierdzielać. "Daj mi trochę!" krzyknęła. "Spierdalaj" w odpowiedzi usłyszała.
Jabłko też nam zabraliście, a potem, że to my, że to nasza wina.
I nie rozumiem, tego, że teraz pójde sprzątać, a jutro chlew będzie taki sam, że studiuję choć nie chcę. I tego, że wczoraj jeszcze chciałam, a przedwczoraj nawet bardzo. Że mama pracuje po to, żebym ja mogła spokojnie studiować. I nie rozumiem po co to piszę. I tego, że robię problemy z niczego. I cześć.
rioeujt9p23p 2009-07-17 00:06:55
Idę sobie dzisiaj przez podziemia przy centralnym. Skwar, kupa ludzi, zdychają i przeklinają matkę naturę za to, że nie uczyniła ich wolnymi mustangami, z takim wspaniałym, gęstym i długim ogonem, którym mogliby odganiać muchy i upał. Do tego wszechobecny zapach, kebabowanilia. No i ja, wzrok wbity w ziemię, jak zawsze w humorze o ja nieszczęsna!
Nagle z jednego z wejść, ze schodów stacza się menel. Nadam mu imię może, niech ma chociaż tożsamość. Benedykt niech będzie. Ma na sobie portki, które kiedyś były pomarańczowe, tak obstawiam. Lata ich świetności jednak minęły. Koszulkę też jakąś nosił, może jeszcze wczoraj, bo dzisiaj miał na sobie już tylko jej szczątki. Pewnie z zoo znowu jakieś tygrysy albo hieny uciekły. Chciał je złapać i dostać za to nagrodę. Tyle, że te hieny okazały się być sprytniejsze, na co wskazywała również jego twarz poorana bliznami. I został bez nagrody i bez koszuli. To musiało doprowadzić jego pscyhike na skraj. To i pewnie jeszcze wcześniej pare innych rzeczy. Jakaś zbiegła żona, natrętny komornik, złośliwy szef, i buteleczki takie błyszczące, brzęczące.
Cokolwiek by to było, zepchnęło go po twardych i kanciastych schodach do podziemi przy centralnym. Podniósł się. Z zaspokajaniem ludzkich potrzeb, jakicholwiek, najwidoczniej w życiu mu za bardzo nie szło. Chciał chociaż porządnie załatwić tę ostateczną. Z doświadczenia wiedział, że sam może sobie nie poradzić, szukał więc pomocy u przechodniów. I tak podchodził do każdego, szarpał za koszulę (pewnie zazdrościł) i z rozpaczą krzyczał
Gdzie jest kibel?!
Nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Z resztą reakcję każdego możecie sobie doskonale wyobrazić. Ludzie byli albo stropieni, jakby wybici ze snu albo Spierdalaj kurwa!
A Benedykt chodził od jednego do drugiego i domagał się odpowiedzi
No gdzie?!
Nie doczekał się. Stanął w końcu w miejscu, spuścił ręce na znak bezradności i z wyrzutem do wszystkich obecnych, do całego świata, wymamrotał
No i co? Narobiłem w majty.
Nie wiem jaka była jego dalsza historia, wybiegłam czym prędzej po schodach na powierzchnie. Ludzie lubią oglądać dramaty w kinie, wtedy czują się tacy wrażliwi. Relacja na żywo nie ma juz tego artyzmu. Wogóle przecież mnóstwo takich scen rozgrywa się codziennie. Brak więc też oryginalności.
I generalnie to nie wiem o co chodzi. Przede mną, na biurku leżą dwa świstki. Z jednego swoim kserowanym podpisem pozdrawia mnie Przewodniczący Zarządu Samorządu Studentów UW, z drugiego Prodziekan Wydziału Polonistyki UW. Ciekawe czy Benedykta też tak kiedyś życie klepało po pleckach, czy go tak pozdrawiało wszystkimi możliwymi rękami. Ciekawe czy mnie też tak kiedyś zrzuci w podziemia.
Jeśli chcesz coś powiedzieć...
2010
czerwiec
luty
2009
lipiec
styczeń
2008
czerwiec
maj
kwiecień
2007
listopad
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
Ja i tylko ja.
grono
for Projektantki
- Słuchajcie, potrzebna jest wasza pomoc. - A może by tak dzień dobry na początek, jakieś ukłony. To nie pogotowie gazowe, proszę pana. My Strażniczki Ognia Wielkiego! W rękach i nogach Moc dzierżymy! Szacunku trochę!- Dobrze, dobrze, spokojnie. To ja, Ziółek. Dzień dobry, rączki całuję, do nóg padam i tak dalej. A teraz słuchajcie…- A! Ziółek! Kopę lat! Co tam słychać brachu? W rodzinie wszyscy zdrowi?- Tak, tak. Ale nie czas na pogaduszki. Jest sprawa. Wiecie, bo ja raz w roku robię taką zajebistą bibkę. Ludzie sobie skaczą, w browarze pływają, dobra muza, namioty, toi toie, te sprawy.- No, no, coś kojarze. U Heńka w porcie, tak?- Prawie. W Gdyni na lotnisku.- No przecież mówię!- Taa… W każdym razie nasz dotychczasowy dostawca Mocy, pan Edek, nieco się ostatnio rozprężył. Już w zeszłym roku, najpierw gdy zepsuł się autobus Małp…- Autobus małp? Od kiedy małpy jeżdżą autobusem? Nic dziwnego, że się zepsuł. Nawsadzały pewnie bananów do silnika…- To taki zespół. Arctic Monkeys. Nie mów, że ich nie znasz!- Ojeju! Czy to przestępstwo?- Jak można ich nie znać?! Muzyki w ogóle słuchacie? Co właściwie przy tym Wielkim Ogniu robicie?!- Podpałkę walimy.- O matko… dobra, mniejsza o to. Więc, kiedy padł ten autobus, a później na dodatek siadło nagłośnienie, wiedziałem, że coś niedobrego dzieje się z panem Edkiem. Ale dalej poszło całkiem gładko. Była Moc, więc przestałem się o pana Edka martwić. Jednak ostatnimi czasy pan Edek ciągle gdzieś znikał. Na początku na dwa, trzy dni. Teraz nie ma go już od miesiąca. Nie mogę ryzykować i czekać, aż się znajdzie. I tu zaczyna się wasza rola. Proszę was, byście zastąpiły pana Edka.- Ziółek! Nie ma sprawy! Będzie Ogień! Tylko przypomnij mi jeszcze raz, gdzie to?- Lotnisko Kosakowo, pod Gdynią. - Dobra, spoko. Mamy GPSa, znajdziemy was. ***
Ochoczo zabrałyśmy się do przygotowań. Kilka bluz, dwie pary spodni, bielizna, szczoteczka, pasta oraz to, co najważniejsze: Ogień i Moc. Wszystko zapakowałyśmy do walizki. Ledwo się domknęła, musiałyśmy na niej trochę poskakać. Dobra rozgrzewka przed festiwalem. Co do namiotu: wiedziałyśmy, że ani na chwilę nie będziemy mogły zmrużyć oka, więc i tak by się nam nie przydał.
Wdziałyśmy na głowy kaski ze skorup kokosa (bezpieczeństwo przede wszystkim) i odśpiewałyśmy Ayyayaya Coco Jambo. Tak przygotowane mogłyśmy dosiąść naszych rowerów (bo jesteśmy ekologiczne, a poza tym nie ufamy PKP). Wyruszyłyśmy w świat. Droga była ciężka. Powódź nas nie oszczędziła. Zostałyśmy wyszarpane przez burze i błyskawice - zazdrosne fanki Ognia. Wciąż ktoś nas atakował: roznosiciele ulotek, ankieterzy, komary, baby z torbami, dziennikarze TVN24… A najgorszy z tego wszystkiego był Pudzian. Ale nie mogłyśmy się poddać. Myślałyśmy sobie: musimy tam dotrzeć, bez nas to będzie totalna klapa. Sens życia tylu tysięcy ludzi zależy od nas. I udało nam się. Na długo przed czasem byłyśmy w Gdyni. Postanowiłyśmy że zanocujemy w jednym ze schronisk, a następnego dnia zjawimy się na miejscu, by pomóc w przygotowaniach. Na ostatni wolny wieczór zaplanowałyśmy trochę zabalować i wybiłyśmy do najbliższego klubu brydżowego. Jednak żadna ze zgromadzonych tam osób nie mogła skupić się na grze. Wszyscy pochłonięci byli rozmową o festiwalu. Wypytywano się nawzajem Kupiłeś już bilety? Z polem? My, zgodnie z prawdą, odpowiadałyśmy jednocześnie na obydwa: Nie. Spotykały nas za to spojrzenia pełne politowania i kolejne pytanie: To jak chcecie tam wejść? W ten sposób wyszło na jaw, jak ważna sprawa uszła naszej i Ziółka uwadze. Bez biletów nie mamy czego tam szukać.
W służbie Ognia i Mocy działamy charytatywnie. Żywimy się entuzjazmem, który płynie z naszej pracy. Nie mamy pieniędzy na bilet. Jasne, mogłybyśmy powiedzieć ochronie kim jesteśmy, ale przecież nikt nie uwierzy w słowa dwóch dziewczyn podających się za Strażniczki Wielkiego Ognia. Tym bardziej, że na pierwszy rzut oka wyglądamy zupełnie zwyczajnie.
Dlatego zwracamy się do was z prośbą, na którą, dla waszego własnego dobra odpowiedzcie pozytywnie: przyślijcie nam bilety. W przeciwnym wypadku nie będzie Ognia i Mocy, główna posypie się jak domek z kart, a namiot zapadnie na głowy openerowiczów. Chyba, że wolicie czekać na pana Edka.
Nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem, skąd ta zależność, że człowiek akurat wtedy, kiedy musi stworzyć coś, co przyczyni się do spełnienia jego studenckiego obowiązku, czuje nagły przypływ weny na pisanie kretyństw, takich jak niniejszy blog, do których nie miał serca od paru miesięcy.
Generalnie o co chodzi? Dawać bilety! 2010-06-11 20:25:58
Dziędobry. 2010-02-26 17:59:16
I na wstępie POZDRAWIAM PANA PAWŁA I. ORAZ PANNĘ IWONKĘ K. (musi być caps lock, bo to ważne). Zapewne będą jedynymi osobami, które to przeczytają.
Ad rem. Nie rozumiem, na prawdę nie rozumiem i zdaje się, że fraza ta stanie się moim refrenem. Nauczę się wyrzucac dźwięki z przepony i będę tak podśpiewywać w wolnych chwilach jak mantrę.
Że: przejście dla pieszych, rondo Wiatraczna, Tata Rumun z akordeonem i mały Rumunek. Mały Rumunek, znudzony oczekiwaniem na zielone światło, zaczyna klepać brudną łapką w akordeon. Jak wiadomo młodzi ludzie z nudów robią różne rzeczy: dźgają nożem koleżankę, mordują policjanta, czasem też zrzucą arbuza z ósmego piętra, zamieszki się zdarzają, no wszystko tu jest możliwe. Tata Rumun w każdym razie postanawia się zemścić w imieniu bezbronnego instrumentu i z siłą F (równą sile f, czyli sile klepanięcia Rumunka, pomnożoną przez różnicę lat istniejącą między nimi) również klepie, tyle, że nie w akordeon, bo tego dziecko nie posiada, ale w inny organ, z niewiadomych przyczyn najbardziej przypominający mu ów instrument, a mianowicie głowę. Rumunek się zatoczył, wpadł na jezdnię, ja prawie dostałam zawału, na widok zmniejszającej się odległości między autobusem linii 188 a Rumunkiem, wydałam z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki, ogólnie nastąpiło zwolnienie akcji, a reżyser do zarejestrowania tej sceny użył techniki bullet time i odniosłam wrażenie, że kamera obraca się dookoła Rumunka. Ułamek sekundy później młody zgrabną parabolą wskoczył spowrotem na chodnik, z chichotem spojrzał na ojca, złapał go za rękę. Zapaliło się zielone świtło i poszli: mały stawiał zamaszyste kroki w najgłębsze kałuże, chlapiąc przy tym brunatną wodą na wszystkie strony, a szczególnie w stronę taty, na co ten nieszczególnie zwracał uwagę.
Albo że: Plac Zamkowy, podchodzi do mnie kobieta z twarzą czerwoną od mrozu i pewnie też alkoholu, ale tej kwestii nie przesądzajmy i kobiety tak szybko po pozorach nie osądzajmy.
Popołudnie było słoneczne, jedno z tych ostanich, które takim optymizmem wszystkich natchnęło. Chodzili zadowoleni, z miną "zaczynam wszystko od nowa", ewentualnie "teraz już wszystko będzie w porządku". AKURAT! I każdy wie o tym AKURAT!, co nie przeszkadza w ciągłym i świadomym oszukiwaniu samego siebie. Ale wróćmy do słonecznego popołudnia, kiedy to o kilkaset procent wzrosła sprzedaż świeżych tulipanów na ulicznych straganach, należących do babć emerytowanych przez państwo, czyli emerytowanych kiepsko. Zakochani słali do siebie ciepłe smsy, w stylu "taka ładna dziś pogoda, aż mam ochotę na loda", a samotni wysiadywali nad brzegiem Wisły, wystawali na nadwiślańskich mostach tudzież innych miejscach przypominających o przemijaniu i ludzkiego życia kruchości, by poczuć się nieszczęśliwie-romantyczni. Natomiast wieczorem zapewne jak jeden mąż podążyli na spotkanie ze znajomymi przy browarze i głośnych śmiechów gwarze.
Tyle, że ja pisałam o Kobiecie z Zamkowego. Miała na sobie tylko polar, kolorystycznie odpowiadający jej twarzy. Słońce świeciło, ale temperatura nadal ledwie przebijała się ponad kreskę cyfr dodatnich. Toteż wnioskuję, że nie było jej zbyt ciepło. Na plecach miała plecaczek, taki a'la wycieczka do ZOO dzieci z podstawówki w latach 90'. Bo teraz juz takich nie noszą. Hannah Montana i Troy rządzą. W każdym razie ja nie wiem co Żuleria ma z tymi plecaczkami. Ciekawe co tam przechowują? Stawiam, że zbierają do nich tajemne moce. Czerpią je ze wszystkich żywych organizmów, tak jak Eragon. Tylko, że oni nie będą ich używać do powalenia smoka przeciwnika, ale do zdobycia władzy nad światem. Są mądrzejsi od Mózga, wiedzą, że nie da się tego zrobić w jedną noc, więc powoli, powoli, zbierzemy Moce do plecaczków, a świat się rozpierdoli. I tak zbierają od tysięcy lat. Zdaje się, że niewiele już im do skompletowania zostało, rok 2012 już niedługo.
Myśl ta przemknęła mi szybko przez głowę, w całej swej postaci, w ciągu kilku sekund między punktem w czasoprzestrzeni, w którym zorientowałam się, że Kobieta z Zamkowego będzie czegoś ode mnie chciała, a punktem w czasoprzestrzeni, w którym swoje pragnienie tego czegoś wyraziła. Generalnie chodziło o szamę. "Niech mi pani kupi chleb. Nie chce wódki, żeby nie było, chcę chleba". Mówię, że spoko, ale gdzie tu jest sklep. Kobieta, szczwany lis, na miejsce swoich łowów wybrała rejony oddalone od spożywczaka nie więcej niż 100 metrów. "A o tam jest sklep". I kupiłam jej chleb krojony i serek w plasterkach Hohland, niech ma Kobieta siłę. Niech cała Żuleria ma siłę. Niech zapełnią swoje plecaczki Mocą i wypełnią przepowiednie Majów czy innych Wizygotów.
Ach, i czego tu nie rozumiem? Bo Kobieta, wyszedłszy ze sklepu, skierowała się w stronę kolumny Zygmunta, gdzie siedział jej przełożony. Taki szaro-bury i szemrany. Dała mu chleb i serek w plasterkach Hohland, on z dzikim błyskiem w oku rozerwał folie i zaczął wpierdzielać. "Daj mi trochę!" krzyknęła. "Spierdalaj" w odpowiedzi usłyszała.
Jabłko też nam zabraliście, a potem, że to my, że to nasza wina.
I nie rozumiem, tego, że teraz pójde sprzątać, a jutro chlew będzie taki sam, że studiuję choć nie chcę. I tego, że wczoraj jeszcze chciałam, a przedwczoraj nawet bardzo. Że mama pracuje po to, żebym ja mogła spokojnie studiować. I nie rozumiem po co to piszę. I tego, że robię problemy z niczego. I cześć.
rioeujt9p23p 2009-07-17 00:06:55
Idę sobie dzisiaj przez podziemia przy centralnym. Skwar, kupa ludzi, zdychają i przeklinają matkę naturę za to, że nie uczyniła ich wolnymi mustangami, z takim wspaniałym, gęstym i długim ogonem, którym mogliby odganiać muchy i upał. Do tego wszechobecny zapach, kebabowanilia. No i ja, wzrok wbity w ziemię, jak zawsze w humorze o ja nieszczęsna!
Nagle z jednego z wejść, ze schodów stacza się menel. Nadam mu imię może, niech ma chociaż tożsamość. Benedykt niech będzie. Ma na sobie portki, które kiedyś były pomarańczowe, tak obstawiam. Lata ich świetności jednak minęły. Koszulkę też jakąś nosił, może jeszcze wczoraj, bo dzisiaj miał na sobie już tylko jej szczątki. Pewnie z zoo znowu jakieś tygrysy albo hieny uciekły. Chciał je złapać i dostać za to nagrodę. Tyle, że te hieny okazały się być sprytniejsze, na co wskazywała również jego twarz poorana bliznami. I został bez nagrody i bez koszuli. To musiało doprowadzić jego pscyhike na skraj. To i pewnie jeszcze wcześniej pare innych rzeczy. Jakaś zbiegła żona, natrętny komornik, złośliwy szef, i buteleczki takie błyszczące, brzęczące.
Cokolwiek by to było, zepchnęło go po twardych i kanciastych schodach do podziemi przy centralnym. Podniósł się. Z zaspokajaniem ludzkich potrzeb, jakicholwiek, najwidoczniej w życiu mu za bardzo nie szło. Chciał chociaż porządnie załatwić tę ostateczną. Z doświadczenia wiedział, że sam może sobie nie poradzić, szukał więc pomocy u przechodniów. I tak podchodził do każdego, szarpał za koszulę (pewnie zazdrościł) i z rozpaczą krzyczał
Gdzie jest kibel?!
Nikt nie potrafił mu odpowiedzieć. Z resztą reakcję każdego możecie sobie doskonale wyobrazić. Ludzie byli albo stropieni, jakby wybici ze snu albo Spierdalaj kurwa!
A Benedykt chodził od jednego do drugiego i domagał się odpowiedzi
No gdzie?!
Nie doczekał się. Stanął w końcu w miejscu, spuścił ręce na znak bezradności i z wyrzutem do wszystkich obecnych, do całego świata, wymamrotał
No i co? Narobiłem w majty.
Nie wiem jaka była jego dalsza historia, wybiegłam czym prędzej po schodach na powierzchnie. Ludzie lubią oglądać dramaty w kinie, wtedy czują się tacy wrażliwi. Relacja na żywo nie ma juz tego artyzmu. Wogóle przecież mnóstwo takich scen rozgrywa się codziennie. Brak więc też oryginalności.
I generalnie to nie wiem o co chodzi. Przede mną, na biurku leżą dwa świstki. Z jednego swoim kserowanym podpisem pozdrawia mnie Przewodniczący Zarządu Samorządu Studentów UW, z drugiego Prodziekan Wydziału Polonistyki UW. Ciekawe czy Benedykta też tak kiedyś życie klepało po pleckach, czy go tak pozdrawiało wszystkimi możliwymi rękami. Ciekawe czy mnie też tak kiedyś zrzuci w podziemia.